Szkoła ma swoją logikę, która od lat pozostaje zadziwiająco trwała. Zmieniają się narzędzia, pojawiają się nowe możliwości, ale sam sposób organizowania uczenia się wciąż opiera się na podobnych założeniach: jest pytanie, jest odpowiedź, jest moment sprawdzenia. W tę strukturę zaczyna dziś wchodzić sztuczna inteligencja — i robi to w sposób, który nie do końca daje się w nią wpisać.
AI nie porządkuje wiedzy, tylko ją rozszczelnia. Nie prowadzi do jednej odpowiedzi, lecz mnoży możliwe wersje. Działa szybko i sprawnie, przez co łatwo ulec wrażeniu, że coś wreszcie przyspieszyło, że można ominąć etap trudności, zawahania, szukania. A przecież to właśnie ten etap jest w uczeniu się najważniejszy, choć najmniej spektakularny.
Dlatego tak łatwo pomylić efektowność z sensem. Efekt widać natychmiast — wygenerowany tekst, gotowe rozwiązanie, uporządkowany materiał. Sens pojawia się później i dużo ciszej, w tym, co dzieje się w głowie ucznia, który musi zdecydować, czy to, co dostał, jest dla niego zrozumiałe, przekonujące, wystarczające.
W tym sensie AI nie jest ani zagrożeniem, ani rozwiązaniem. Jest raczej bardzo precyzyjnym sprawdzianem tego, jak rozumiemy uczenie. Jeśli sprowadzamy je do dochodzenia do odpowiedzi, technologia zrobi to szybciej i sprawniej. Jeśli widzimy w nim proces myślenia, interpretowania i podejmowania decyzji, wtedy AI może stać się jednym z elementów tego procesu — pod warunkiem, że nie zastąpi go całkowicie.
Może więc mniej chodzi o to, jak wprowadzać nowe narzędzia, a bardziej o to, w którym momencie je zatrzymujemy i po co po nie sięgamy. Bo ostatecznie nie zmienia się to, co najważniejsze: uczenie nie zaczyna się od odpowiedzi, tylko od pytania.
Temat ten omówiłam szczegółowo na Nocy Germanisty:
- tu link do prezentacji;
- tu link do wystąpienia.




