MOJA HISTORIA

Ten, kto codziennie nie robi postępów, codziennie się cofa.

Ludzie, którzy patrzą na mnie z zewnątrz, widzą zaangażowaną, dość często serdecznie uśmiechniętą, energiczną kobietę. Realizuję zazwyczaj kilka projektów naraz, uczę dwóch zupełnie innych przedmiotów (co zawsze pojawia się jako pytanie na rozmowie o pracę) i mam jeszcze życie prywatne – mojego męża, syna oraz przyjaciół. I biegam maratony. Wygląda wszystko idealnie.

Niewiele osób wierzy, że byłam wymagającym dzieckiem. To, że miałam (i nadal mam) trudny charakter widzą wszyscy, jednak moi rodzice w życiowej loterii otrzymali córkę, która miała trzeci migdał (także nie mówiła), była ruchliwa i uparta (stąd moja cała rodzina mówi na mnie do dziś Mróweczka) i do tego nie mówiła. I bardzo frustrowało ją to, że nie mogła wyrazić tego, co czuje, czego potrzebuje i co jest dla niej istotne.

Jako uczennica uczestniczyłam więc w kilku terapiach: logopedycznych, pedagogicznych, wyrównawczych. Miałam trudności z pisaniem, mówieniem, a jednocześnie kochałam cyferki i potrafiłam rozwiązać zadania logiczne w przysłowiową minutę. Nie lubiłam też zbytnio dzieci – miałam jedną zaufaną przyjaciółkę w klasie… i dziś każdy nauczyciel powiedziałby, że ma autystyczkę w klasie. A wtedy powiedziano mi, że powinnam więcej pracować i wtedy moje problemy znikną.

I rzeczywiście, tak było. Uczestniczyłam w zajęciach terapii do końca gimnazjum. Poświęcałam godziny na naukę. A równoległe układałam idealny, sprawiedliwy świat szkolny i domowy. Miałam ułożony plan dnia, tygodnia, moja rodzina sprzyjała wszelkim rytuałom. Jedyną rysą na tym pięknym obrazku były moje emocje i chaos, który wokół mnie powstawał – choć porządek bardzo lubiłam. Dziś rozpoznajemy w tym AuADHD. Wtedy po prostu byłam bałaganiarą, która niczego nie kończy, choć ma ogromne możliwości.

Czas liceum i studiów pozwolił mi idealnie funkcjonować. Mimo wielu emocjonalnych wyzwań związanych z dorastaniem, mój świat był poukładany i mogłam odnaleźć się chociaż w jakiejś przestrzeni. Wszystko runęło, gdy na świecie pojawił się mój syn, który jest podobnie jak ja nieprzewidywalny. I ogarnięcie dwóch takich wszechświatów to było dla mnie zbyt wiele.

Lata terapii, przeżycie depresji (z którą zmagam się do dziś) pozwoliło mi poznać moje trudności, ale jednocześnie mocne strony. Bycie neuroróżnorodną nauczycielką jest wyzwaniem – społecznym, edukacyjnym, zawodowym, po prostu życiowym. W polskim systemie oświaty co rusz pojawia się kolejny absurd, który ciężko znoszę. Potrzebuję do funkcjonowania określonej struktury, a jednocześnie – sama tworzę bałagan, bo mam sto pomysłów na minutę.

Te wszystkie cechy sprawiają, że w niektórych kwestiach jestem postrzegana jako genialna, wyjątkowa, inspirująca, a w części – dysfunkcyjna, niedostosowana, niepasująca. Są we mnie „dwa wilki” i opanowanie ich jest ciągłą walką – zarówno dla mnie, jak i mojego otoczenia.

Nie piszę tu mojej historii po to, aby się pożalić, ale by zapalić iskierkę nadziei tym, którzy dziś sądzą, że autyzm, ADHD, dysleksja albo jeszcze inne wyzwanie może sprawić, że Wasze życie jest skazane na porażkę. Istnieje mnóstwo książek, metod, terapeutów, którzy mogą pomóc Wam i Waszym rodzinom odnaleźć się w świecie neurotypowym. Choć nie ukrywam, że nie jest to droga łatwa 🙂